Historyjki patchworkowe
RSS
czwartek, 09 marca 2006
Rosolę

-         Szefowa! A ten rosół to już można podawać?! – wrzasnęła mi Biśka nad głową, głosem rozwydrzonej pomocy kuchennej, bo ja choć z reportażu wróciłam, sto telefonów wykonałam, odpowiedziałam na służbowe e-maile, to jeszcze ten rosół.

Rosół wyszedł boski, ale myślicie, że ktoś to, oprócz mnie doceni?

A wczoraj moje dziecię cudne pod tytułem Kacpi, przyszło ze szkoły z kwiatkiem dla mnie.

Przepięknym tulipanem herbacianym i tak to inne kwiaty zakończyły żywot, a na piedestale ustawiłam tulipana.

Potem zaczęłam mu robić zdjęcia, ale niestety, nie potrafiłam zrobić tak, żeby nie było widać, jaki bałagan jest na stole i wszędzie.

Za to zrobiłam zdjęcie Gwoździkowi:)

Sportowiec i jego ściana;)

16:21, good_news
Link Komentarze (14) »
sobota, 04 marca 2006
Dyplom

Gwoździk wróciwszy z ostatniego treningu w swojej szkółce piłkarskiej pełen dumy okazał dyplom i nagrodę: płytę dvd z 3-godzinami treningu Davida Beckhama.

-         Myślałam, że on jest tenisistą – pochwaliłam się kompletną ignorancją w temacie, ale uściskałam Gwoździka, bo mu się należało.

-         Zapomniałem przynieść trenerowi karteczki ze szkoły z ocenami, więc sam zapytał, jak się uczę i stąd ten dyplom i nagroda – tłumaczy Gwoździk i opowiada szczegóły:

-         Trener zapytał: „Ile masz trójek?” Nie mam. „A czwórek ile?” Nie mam. „To co ty, same piątki masz?” Nie, mam jeszcze trochę szóstek – tak mu powiedziałem – Gwoździk dumny jak nie wiem.

-         Super – mówię i każę dyplom zachować, ale Gwoździk szuka taśmy klejącej, znajduje i wiesza sobie dyplom nad biurkiem w pokoju.

Powolutku realizuje swój zamiar bycia najlepszym piłkarzem świata.

To znaczy bramkarzem.

Ostatnio - bramkarzem.

19:14, good_news
Link Komentarze (14) »
Krótka rozmowa przy pomidorowym rosole

-         Aaaale się na ciebie wkurzyłam wczoraj – woła Gwoździowa od progu, jeszcze dobrze drzwi nie zamknęła. – Jest obiad?

-         Jest rosół – mówię i odwracam głowę, żeby popatrzeć na moją córkę.

-         Jest koncentrat? – Gwoździowa rozbiera się z czapki i szalika, kurtki i butów, niecierpliwa, jakby się spieszyła nie wiadomo gdzie.

-         Jest koncentrat i śmietana – mówię, bo wiem, że ona rosołu nie, za to szybka pomidorówkę to tak.

-         A dlaczego się wkurzyłaś? – pytam.

-         Bo chciałam zrobić urodzinki swoje, zaprosić kilka osób, ale powiedziałaś, że nigdzie nie wyjeżdżasz, tymczasem wyjechałaś, a ja cały piątek przesiedziałam sama.

No, straszne – myślę sobie, ale jestem wredna, do końca ich przetrzymałam w niepewności, czy wrócę czy nie.

-         Więc powiedz mi, z kim spędziłaś namiętną noc i od kogo te kwiaty – Gwoździowa weszła do kuchni i natychmiast zobaczyła wszystko.

-         Z nikim i od nikogo – mówię i nagle przypominam sobie: - Ja też się na ciebie wkurzyłam. Wracam, a tu bałagan, naczynia z wczorajszej zupy w zlewie.

-        Ale ta zupa była dobra - oblizała się na wspomnienie wczorajszej pieczarkowej i wytłumaczyła:  - Bo się wkurzyłam i pomyślałam „nie zmywam za to” – beztrosko odparła, nalewając sobie rosołu, podejrzliwie wąchając koncentrat pomidorowy wyjęty z lodówki. – A ten koncentrat dobry?

-         Dobry, dobry – mówię na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, pleśń tak szybko się pojawia, no, ale się przecież nie potrują od odrobiny pleśni – rozgrzeszam się.

-         A syna mojego, a twojego brata widziałaś? Żyje – pytam na wszelki wypadek, chociaż wiem, że licho go nie porwało.

-         Widziałam. Z Agatką szli do sklepu, bo Agatka chce ciuchy kupować. Pytałam, czy przyjdzie na obiad, ale nie. Możesz mi sprawdzić o której odchodzi autobus? – prosi, mieszając śmietanę w już zupie z rosołu.

-         A dokąd się wybierasz? – pytam.

-         Do „Admirała”. Będzie Olka, Daniel i Leszek z mojej klasy. Dasz mi pięć złotych?

-         Leży na stole – mówię, bo to reszta z zakupów, jakie zrobił Gwoździk. I znów przypominam sobie: -  Nie powinnam ci dawać, bo nic a nic się nie starasz dla domu.

-         Wiem, ale się poprawię – obiecuje, odkłada talerz, ubiera się i już jej nie ma.

-         Tylko wiesz... – zawieszam głos i czekam, czy wróci. Wróciła.

-         Nie daj sobie zrobić krzywdy i wróć o przyzwoitej porze – mówię.

-         Wiem – odpowiada i znika na dobre.

18:51, good_news
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 marca 2006
Jest źle

Nie można powiedzieć, że była awantura.

Gdyż ja się nie awanturuję.

Ale mój starszy syn wyzwał mnie dziś rano w słowach uznawanych powszechnie za obraźliwe, a już zupełnie nie mieszczące się w kanonach słów, z jakimi zwracamy się nie tylko do matki, ale do ludzi w ogóle.

Ukarał mnie tym, że nie poszedł do szkoły.

Kiedyś zrozumie, że karze siebie.

Albo i nie zrozumie.

Problem tkwi bardzo bardzo głęboko, ale póki co nie widzę szans na to, żebym go mogła rozwiązać.

Nie chcę też rozwiązań, które w tej chwili wydają się nieuniknione (sąd, kurator, ograniczenie praw rodzicielskich dla mnie), ale nie mam już siły.

Nie przeżyję za niego jego życia, nie nauczę się za niego, nie będę za niego grzeczna.

Zbieram baty za niego i źle mi z tym.

 

 

12:19, good_news
Link Komentarze (24) »
środa, 01 marca 2006
Marihuana

-         I ja mam wrażenie, że pani syn pali marihuanę – powiedziała mi jeszcze pedagog ze szkoły Gwoździa.

Chciałam powiedzieć: „Nie wydaje mnie się”, ale i tak by nie załapała, z jakiego to filmu. Powiedziałam więc:

-         Ja nie mam takiego wrażenia.

-         A wie pani, jak rozpoznać? – napadła na mnie ze sprytnym uśmieszkiem.

Ręce mi opadły, ale co.

-         Wiem – powiedziałam zmęczonym głosem. Byłam zmęczona po trzech godzinach bezskutecznych rozmów z pedagogami w szkole Gwoździa. Dodałam wyjaśniająco: – Napisałam na ten temat raport, który szkoły wykorzystują w szkoleniach pedagogów. Jest w googlach.

Nie byłam pewna, czy wie, co to google.

-         Marihuana jest tańsza od piwa. Mam swoje źródła – pochwaliła się pani pedagog. I nagle, po prawie trzech latach moich kontaktów z  nią, zainteresowała się:

-         Pani pracuje?

Nie. Siedzę w domu, latam na kawki i ploteczki do sąsiadek i zupełnie nie mam czasu na wychowywanie dzieci. Jestem jak matka Lisieckich z książek Musierowicz, a mąż śle dolary z zagranicy.

-         Pracuję w domu – powiedziałam z godnością. A właściwie resztkami godności.

No, bo matka takiego syna, to musi być tłuk kocmołuchowaty.

Ja mam inne nazwisko, niż moje dzieci. Nie chciałam robić im wioski swoim pisaniem.

A one nie miały potrzeby się chwalić, że matka pracuje w gazecie.

Praca, jak każda.

 

22:47, good_news
Link Komentarze (15) »
Gwóźdź

Wczoraj byłam w szkole u Gwoździa.

Nie, nie dobrowolnie. Zostałam wezwana przez panią pedagog.

Gwóźdź został złapany na paleniu papierosów w szkolnej ubikacji.

W związku z tym, że samorząd szkolny ustalił: za palenie w szkole – praca na rzecz szkoły, pani dyrektor kazała Gwoździowi posprzątać łącznik.

-         Nie – powiedział Gwóźdź. – To jest dla mnie upokarzające.

Wersja Gwoździa dalece różniła się od wersji pani dyrektor i pani pedagog.

-         Bezczelny! Ja sobie nie pozwolę, żeby taki mi na głowę wchodził – powiedziała mi pani dyrektor.

Milcząco przyjmowałam wszystkie uwagi. Było ich wiele. Nie wszystkie prawdziwe niestety, ale jak ktoś ma tak zszarganą opinie jak Gwóźdź, to nie ma co się dziwić.

-         A jeszcze i to! – wykrzyknęła pani dyrektor. – On z tą, jak jej tam...

-         Agata Martynik – usłużnie podpowiedziała pani pedagog.

-         Właśnie. Z tą Agatą. Obściskują się na korytarzach!

Wtedy poczułam, że chyba zaraz nie wytrzymam. Wargi zadrgały mi niebezpiecznie. Pokornie schyliłam głowę.

Pomyślałam, co by było, gdybym wybuchła śmiechem.

Jestem taka sama jak Gwóźdź.

-         Mam kilkuset uczniów. Nie mogę zajmować się tylko jednym. Muszę iść na lekcję. My nie mamy żadnego sposobu, żeby na niego wpłynąć – powiedziała pani dyrektor, dodając: - Liczę na ścisłą z panią współpracę. Niech go pani zdyscyplinuje.

Potem długo rozmawiałam z panią pedagog.  Potem pani pedagog wezwała Gwoździa. Odbyła przy mnie rozmowę dyscyplinującą.

-         To jest prawo szkoły. Kto zostanie złapany na paleniu – sprząta. Sami to ustaliliście.

-         Ja nie ustalałem – buńczucznie powiedział Gwóźdź. Siedział z rękami złożonymi na piersiach. Zamknięty i zbuntowany.

-         Prawa jazdy też nie ustalałeś – powiedziała pani pedagog. – I co? Jak będziesz miał prawo jazdy, nie podorządkujesz się?

-         Podporządkuję – powiedział Gwóźdź. I dodał: - A może by zrobić coś, żeby nie można było palić w szkolnych kiblach?

- To zróbcie - niecierpliwie odrzekła pani pedagog.

-     Niedługo skończysz 17 lat – rozpędzała się dalej. – Wtedy za przestępstwa, jakich dokonasz, będziesz sądzony jak dorosły!

Uznałam, że powinnam się wtrącić.

- Ja mam nadzieję, że nie dokona żadnych przestępstw, żeby był sądzony, jako dorosły – powiedziałam.

Pani pedagog zignorowała mnie.

- To jeśli nie chcesz się podporządkować prawom szkoły, no to... jest mi bardzo przykro – powiedziała Gwoździowi.

Mnie też było bardzo przykro.

I Gwoździowi. Zwłaszcza, że wytknął pani pedagog kłamstwo.

-         Dlaczego pani kłamała przy pani dyrektor? Do mnie mówi pani, że jestem fajny chłopak ale kłamie pani, że uciekam z lekcji, kiedy ja byłem u pani? Po co? Żeby się pani dyrektor przypodobać?

-         Wiesz ilu uczniów do mnie przychodzi? Oj nie pamiętam, czy byłeś wtedy, czy nie.

-         Jak może pani nie pamiętać? To było w piątek.

-         No dobrze, więc cię przepraszam – powiedziała pani pedagog. – Ale jeśli opuścisz jeszcze jedną godzinę, wysyłam wniosek do sądu. Jak się umawialiśmy? Że możesz opuścić 10 godzin. Już opuściłeś 9. Proszę bardzo – policzę przy tobie – bierze dziennik i liczy: - Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma... Jeszcze raz... – znów liczy.

Znów wychodzi 8.

-         No, dwie - mówi z niechęcią. – Zaraz jak opuścisz dwie, wysyłam wniosek do sądu. Wiesz co to oznacza? KURATOR.

-         Wiem – mówi Gwóźdź. – Ale tak się nie stanie.

-         Nie ma żadnych szans na to, żebyś do końca roku nie opuścił tych dwóch godzin – powiedziała pani pedagog i odesłała Gwoździa na lekcje.

Pewnie już mu wstawili nieobecność.

Została mu jeszcze jedna godzina. Przy takim nastawieniu szkoły na pewno mu się uda nie opuścić.

Na koniec pani pedagog powiedziała, że to wszystko przeze mnie, bo nie umiałam go wychować. Zaproponowała mi terapię rodzinną w przychodni przy szpitalu psychiatrycznym i powiedziała, że sprawdzi, czy tam poszłam. Następnie poleciła, abym sama napisała do sądu, że  syn jest zdemoralizowany, gdyż wagary oznaczają demoralizację. I że sąd przychylniej patrzy na takie matki, co same kablują na swoje dzieci.

Pokiwałam głową, podziękowałam jej i wróciłam do domu.

Zrobiłam zupę, przyszedł Gwóźdź z Agatką, nalałam im w talerze. Dziś rano zapytałam, Gwoździa, jakie ma zamiary.

-         Nie opuszczę lekcji – powiedział.

Ale mówić to jedno. A ja wiem, że on nie ma szans w tej szkole. Żadnych.

Aaaa, a najlepsze było, jak pani pedagog radziła mi, żeby wysłac go do takiej zawodówki, gdzie jest specjalizacja „obróbka skrawaniem czy coś”. Tak powiedziała.

-         Prosto stamtąd od razu dostają pracę w Ozosie – pocieszyła mnie pani pedagog.

OZOSu w moim mieście już dawno nie ma. Jest Michelin.

Wątpię, czy Gwóźdź ma plany, żeby po zawodówce pracować w Michelin.

Na razie ze swoim punkowskim zespołem dali dwa koncerty i mają kolejne propozycje. Gwóźdź był świetny na perkusji.

Ćwiczą prawie codziennie.

- Dziś w szkole był apel - powiedział mi teraz Gwóźdź. - Wyszedł przewodniczący samorządu i zaproponował, żeby nie palić w łazienkach i nie rzucać papierków na łącznik.

22:02, good_news
Link Komentarze (14) »
Tęsknota i chleb

-         Ciągle wyjeżdżasz – z przyganą w głosie rzekł Gwoździk i wtarabanił się na łóżko, na którym oddawałam się relaksowi z książką w ręku.

Westchnęłam przeciągle. Byłam tak zmęczona, że nie miałam siły mówić.

-         Opowiedz coś – szturchnął mnie.

Miałam pustkę w głowie i kompletnie nic do opowiadania.

-         A co ci się dziś wydarzyło? – zapytałam, przewracając oczami, robiąc wrażenie czegoś na kształt zainteresowania.

-         Znów zacząłem się zadawać z Oskarem – powiedział.

-         I co?

-         I nic.

-         I zadajecie się?

-         No.

-         Zjedliście razem obiad w szkole?

-         Tak. Ja chcę z tobą porozmawiać, a ty śpisz. I nigdy cię nie ma.

-         Ciebie też nie ma, kiedy jesteś w szkole – odparłam. – Tyle, ze jesteś jeszcze mały, to masz niedużo lekcji. Ja jestem dorosła i dużo pracuję.

-         A ja się za tobą tak natęskniłem, jak byłaś w Egipcie, że nie mogę się odtęsknić. Mogę cię przytulić?

-         Możesz.

-         Bo myślałem, że zaczniesz krzyczeć, że cię wszystko boli.

Po czym ogarnął mnie łapkami i tak ścisnął, że zaczęłam krzyczeć.

I nici z odpoczynku.

-         Usmażę chlebek w cieście, co? – powiedziałam i zwlokłam się z łóżka.

W domu były trzy bochenki chleba. Jeden kupiłam wczoraj myśląc o dzisiaj. Wieczorem o tym zapomniałam i poprosiłam, żeby na dziś kupiła Gwoździowa. Rano zapomniałam, że powiedziałam Gwoździowej i dałam na chleb Gwoździkowi.

Tylko do chleba nic nie ma.

- Opamiętaj się kobieto – powiedziała Gwoździowa. – Po co nam tyle chleba?

21:01, good_news
Link Komentarze (5) »
sobota, 25 lutego 2006
Dziesiąte urodziny Gwoździka

Urodziny Gwoździka będą dopiero w poniedziałek, ale imprezka właśnie trwa.

Gwoździk straszliwie przejęty pomagał mi sprzątać dom, szykować stół.

A potem czekał...

Było jeszcze dużo czasu, do nadejścia gości, ale Gwoździk wciąż spoglądał na wyimaginowany zegarek:

... albo na drugi zegarek na drugiej ręce...

Goście wciąż nie przychodzili...

Gwoździk załamany...

Z nudów sprawdził miękkość swojego wciąż nowego łóżka...

Wariował od tego czekania...

Warował w oknie, patrząc, czy już jadą...

Pobiegł do kuchniosalonu sprawdzić domofon...

W końcu: JEST! Przyszedł pierwszy gość. Teraz czekali już razem. Na drugiego.

Jest drugi gość, można otwierać prezenty...

Pistolety i straszydła - to frajda dla 10-latków.

Wyczekiwane: "Sto lat" i...

Najważniejszy moment: zdmuchnął świeczki tak szybko, że nie zdążyłam zrobić zdjęcia.

15:01, good_news
Link Komentarze (35) »
piątek, 24 lutego 2006
Jak powiedzieć mamie złą wiadomość

Gwoździk: - Ma-mo.. Nie-wku-rzysz-się?

Ja: - Nie. Co się stało?

Gwoździk: - Zgu...bi...łem...

Ja: - Tak? (myślę: telefon, ale czekam spokojnie).

Gwoździk: - Rę...ka...wi...ce...

Ja: - Bramkarskie?

Gwoździk: - Yhy.

Ja: - A gdzie mogłeś je zgubić?

Gwoździk (odetchnąwszy z ulgą): - Niewiemchybanatreningu.

Ja: już wiem, co mu kupię na urodziny.

A swoją drogą Gwoździk zawsze tak reaguje, jakbym go katowała nahajem po gołych plecach za zgubioną rękawiczkę, zarobioną pałę, czy rozbity kubek (Mago, dzisiaj rozbiła się Twoja owieczka razem z kubeczkiem).

Nie wiem, skąd mu się to bierze.

Ja przecież łagodna jestem.

14:19, good_news
Link Komentarze (13) »
czwartek, 23 lutego 2006
Poranna modlitwa Holly

Rano, przed wstaniem z łóżka Holly modli się tak:

-         Panie Boże, tylko proszę cię, niech dzisiaj nie przychodzi listonosz z żadnym parszywym listem.

 

12:41, good_news
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19